Nie zawsze toprowcy wyruszają do poważnych zdarzeń
Śmigłowiec Sokół poszukuje 78-letniego pacjenta, który uciekł z zakopiańskiego szpitala. Z pokładu maszyny ratownicy lustrują teren Gubałówki, gdzie mógł pobiec spanikowany mężczyzna – tak wyglądała kilka dni temu akcja ratowników TOPR. Jak się okazuje, pogotowie górskie wzywane jest nie tylko do akcji ratunkowych w Tatrach. Zdarza się i tak, że TOPR pomaga w nieco dziwnych sytuacjach.
Coraz częściej ratownicy traktowani są jak cudowny środek na wszelkie podbramkowe sytuacje. Niejednokrotnie interwencje nie dotyczą już tylko i wyłącznie wypadków w górach. Kilka dni temu centralę TOPR zaalarmował personel zakopiańskiego szpitala. Z niewiadomych powodów uciekł z budynku 78-letni pacjent. Na pomoc wezwano ratowników, którzy z pokładu śmigłowca poszukiwali uciekiniera w rejonie Gubałówki. Ostatecznie pacjenta odnaleziono i przetransportowano do szpitala.
– Tego typu wezwania zdarzają się od czasu do czasu – mówi Adam Marasek, zastępca naczelnika TOPR. – Z nietypowymi prośbami dzwonią do nas zarówno prywatne osoby, jak i na przykład szpital. A trzeba pamiętać, że działamy zarówno w Tatrach jak i na Pogórzu Spisko–Gubałowskim. Jak tylko możemy pomóc, nigdy nie odmawiamy.
Zresztą sprawa pacjenta, który uciekł ze szpitala stała się głośna w całym Zakopanem.
– Ech, pewno chłop wystraszył się baby ze strzykawką – śmieje się Maria Tylkowa z Krupówek. – Chłopy są generalnie strachliwe. Ale czego by nie mówić, dobrych mamy u nas lekarzy. Skoro pacjent tak uciekał, znaczy, że ozdrowiał i całkiem nieźle się miał.
To nie jedyne nietypowe przypadki z jakimi muszą zmagać się ratownicy. Nie tak dawno temu pewna turystka dopiero w rejonie Rysów uświadomiła sobie, że ma lęk wysokości i wezwała na pomoc TOPR.
– Zapominalska ta turystka – łapie się za głowę Stanisław Migiel z Kuźnic. – Ale ciągle tu widzę turystów nieodpowiedzialnych, jak choćby panie które w szpilkach chcą iść w Tatry. Zawsze będzie ktoś, kto po prostu nie pomyśli. Tacy lekkomyślni powinni za wzywanie pomocy płacić.
– Turyści dość często wykorzystują łatwość z jaką można wezwać górskie pogotowie do sytuacji, które później okazują się błahymi. Na przykład wezwano ratowników w rejon Krzyżnego do grupy młodych ludzi. Turyści zadzwonili po pomoc, bo mieli tylko jedną latarkę i bardzo ciężkie plecaki. Poza tym nic im nie było – wspomina Marasek.
Rodzi się pytanie – dlaczego większość turystów nie planuje już wyjść w góry i gdzie podział się zwykły ludzki rozsądek? Bywają różne sytuacje – czasem śmieszne, a czasem poważne a TOPR powołano po to, aby pomagał w każdej sytuacji.
Na razie jest tzw. martwy sezon turystyczny i na szlakach pusto. Jedynie kolejny atak zimy powoduje, że niektórzy zaczynają już teraz myśleć o zbliżającym się sezonie narciarskim.
– Na przygotowania jeszcze za wcześnie – śmieje się Adam Marasek. – Ten śnieg, proszę mi wierzyć, długo nie pozostanie. Zazwyczaj pod koniec listopada szykujemy sprzęt i zaczynamy przygotowania do dyżurów zarówno w górach, jak i na stokach narciarskich. Wtedy też jedziemy na krótki trening, tak zwane rozjeżdżenie, zazwyczaj w Alpy, aby być w pełni formy przed zimą.
Pacjenci-uciekinierzy, turyści w Tatrach z lękiem wysokości, to nie jedyne niecodzienne wypadki do jakich wzywani są ratownicy. Bywa i tak że ratowane są psy. Rok temu czworonoga ściągano z Orlej Perci.